czwartek, 12 sierpnia 2010

Czy to małe arcydzieło czy schiza?





                     Hrystusa Jasia Kapeli czyta się z mieszanymi wrażeniami. Otóż ta krótka powiastka jest o młodym chłopaku o dziwacznym nazwisku Janusz Hrystus. Niby za wiele się nie dzieje, ale tylko na pozór. Dzieje się i to dużo, ale w głowie bohatera narratora, który nam wciąż opowiada o czym myśli, kogo lubi, kogo nie lubi, co będzie jadł, kiedy będzie spał i od kogo dostaje pieniądze na życie. Cały czas mamy pełny obraz myśli przetaczających się przez umysł bohatera. Potem on nam mówi, już na końcu powiastki, że to co czytamy, to jest literatura, dzięki której zarobi trochę pieniędzy, z których najbardziej pewnie ucieszy się tata. W trakcie lektury dostrzegłem bardzo wiele cech wspólnych opowiadacza z Jasiem Kapelą. Sprawa wygląda trochę zawile. Wygląda to podobnie jak z narratorem Don Kichota Cervantesa. Opowiadacz Don Kichota to również niby zarówno i autor powieści. Daje to pewną swobodę rzeczywistemu autorowi, który pisze książkę, bo może on kontrolować tzw. fikcję, w ten sposób potęgując jakby autentyczność opowiadanej histotrii. Tyle, że u młodego czytelnika, który w to uwierzy. Raczej wnosi pewien dystans u czetelnika wyrobionego wobec tego co czyta. Bo skoro w opowiadanie tak wyraźnie wkrada się osoba "autora", to po pierwsze burzy naiwne, czyli dosłowne odbieranie powieści, po drugie sygnalizuje pewną ironię, którą można odczytywać na różne sposoby. Na przykład jako przesłanie, że nie należy zbyt  mocno skupiać się na samej treści, tzn. fabule, bo to wszystko jest udawane, wymyślone. A skoro jest udawane, to i inne powieści też są udawane, a więc i cała literatura. Dzisiaj o fikcjonalności  powieści słyszał już chyba każdy w szkole. Ale to dziś. A przecież Mickiewicz w części IV Dziadów w usta Gustwa wkłada słowa o zbójeckich książkach, które uczą nieprawdziwej miłości, jakiej nie ma na ziemi i które doprowadziły, jego Gustawa do szaleństwa z tej jego miłości, której się nauczył z książek. Której nie ma. O ironii w Don Kichocie bardzo ciekawie pisał Włodzimierz Szturc z UJ w jedenj ze swoich książek o ironii. I w Hrystusie jest ten sam zabieg. Tylko że wygląda on tak, że dopiero na samym końcu Kapela burzy dosłowność opowiastki wkraczając w opowiadanie jako autor, który to wszystko napisał i o tym zawiadamia czytelnika. Tak samo się kończy zresztą Akademia Pana Kleksa Brzechwy.

                         Sprawa jednak się komplikuje, bo w Hrystusie mamy cały czas do czynienia ze świadomością opowiadacza, a nie przygodami jakiś postaci literackich. Otóż ja znam dość dobrze Jasia Kapelę, w każdym razie jego życie, choćby z bloga kumple, z jego własnego bloga, z facebooka, z felietonów, które pisze dla  KP na ich głównej stronie. Ostatnio nawet z nim rozmawałem w Nowym Wspaniałym Świecie, tej knajpie Krytyki Politycznej, bardzo modnej w Warszawie. Otóż Jaś Kapela sprzedaje tam książki KP w takiej małej księgarence i zarazem jest szatniarzem, choć ja na to specjalnie nie zwróciłem uwagi, był lipiec, być może, że dalej w tle były i jakieś wieszaki. Ponoć tak go niektórzy postrzegają, przypadkowe osoby, jako szatniarza, a nie jako poetę i powieściopisarza. Sporo o nim wiem i muszę to przyznać, że Janusz Hrystus jest całkiem bardzo podobny Do Jasia Kapeli. Choć oczywiście pewne szczegóły się nie zgadzają. Hrystus narzeka na początku, że żałuje w życiu tylko tego, że oglądał za mało telewizji. Tymczasem jestem pewien, że Kapela nie tylko kiedyś, ale i teraz uważa telewizję za coś zbędnego do życia. Na początku wręcz miałem wrażenie, że narrator mówi rzeczy, które są przeciwieństwem tego co naprawdę myśli Jaś Kapela. Ale tylko na początku. To, że ja Jasia Kapele całkiem dobrze znam, powoduje, że jednak mimo świadomości, że mówi do mnie w książce fikcyjny autor, powołony do życia przez Kapelę, to ja widzę w nim jednak sporo z prawdziwego Janka Kapeli. I to co zobaczyłem, jest bardzo niepokojące. Wręcz zacząłem się obawiać o Janka, o jego stan psychiczny. Hrystus ma niewątpliwie depresję, w najlepszym wypadku, w gorszym może mieć schizofrenię. A oto fragmenty z tekstu, które mówią o kimś, że nie jest on zdrowy psychicznie. Chodzi mi głównie o sztywność tych myśli, brak elastyczności w rozumowaniu, bądź ich skrajność czy zagubiebie. Będę cytował zdania kończąc fragmenty średnikiem: Wyciągnąć wnioski i umrzeć. Zawiesić rozumowanie i żyć; I tak na świecie jest zbyt dużo rzeczy. Więc lepiej skupić się na poprawianiu tych, które są, niż tworzeniu nowych; Ale w końcu wstałem i znowu musiałem stawiać czoło rzeczywistości; To, na co chcę patrzeć, to apokalipsa, a nie zadowoleni z siebie młodzi ludzie; Mówiłem dalej o tym, że ludzie za mało cierpią. Cierpienie uszlachetnia. Tylko ludzie, którzy dużo cierpią, stają się fajni. Trzeba naprawdę się nacierpieć, żeby stać się fajnym. Dlatego jest tak mało fajnych ludzi, a tak wielu zadowolonych z siebie; Czasami myślę o tym, żeby chodzić do pracy, ale nie mam na to czasu. Życie osobiste jest zbyt pochłaniające. Wyjście do sklepu po pieczywo jest przygodą, z którą ledwie potrafię sobie poradzić(...) (całość na stronie188); Czasami też wymyślam sobie jakieś zajęcia. Jak na przykład pojechanie po książki do antykwariatu albo pójście na basen; Czasami jest mi tak smutno, że aż czuję się dobrze. Postanowiłem jeszcze rzadziej wychodzić z domu; Nienawidzę chleba. I kobiet. Praca upadla, niszczy, rozbija i degeneruje; Kogoś spotykam i nagle wydaje mi się, że jestem super kolesiem; Nie miałem pojęcia o niczym, a w oczach tylko strach;

Chciałbym być pewnym, że Janek Kapela od podstaw stworzył swojego bohatera Janusza Hrystusa i wszystkie jego myśli, sąd, przekonania i dialogi wymyślił, tzn. stworzył literaturę, którą się przyjemnie czyta i docenia jej wartość artystyczną poprzez charakterystyczny zapis opowiastki, daleki od nużących, monotonnych zdań. Tę formę artystyczną stworzył pierwszy Jaś Kapela, to jego forma artystyczna. Może kiedy indziej pokuszę się o jej analizę. No, ale czy tylko forma?

Hrystus cytuje słowa Tomasz Manna o szczęściu: Nigdy nie uważałem, że szczęście jest czymś lekkim i pogodnym, zawsze było ono dla mnie czymś tak poważnym, ciężkim i surowym jak samo życie; a potem mówi: Nienawidzę Tomasza Manna. Nie uważam jego książek za dobre. Nie chcę takiego szczęścia. Wolę już być normalnie, po prostu nieszczęśliwy; Nieważne, czy ta opinia jest wymyślona, czy prawdziwa, czyli zgodna z tym co myśli Janek Kapela, nie jest ona zbyt normalna jednak.

Bardzo mi się podobały słowa ojca autora o Jadźwingach, którym w duszy chciał być ojciec autora:Jadźwingowie to byli wielcy wojownicy. Być może najwięksi, jakich nosiła ziemia. Ale nigdy nie bili się bez powodu. A nie poradzisz sobie w życiu, jeśli nie potrafisz się bić bez powodu; Takie to piękne słowa. Choć na Suwalszczyźnie, na której również mieszkali i mieli swój książęcy gród na Zamkowej Górze w Suwalskim Parku Krajobrazowym i groby na suwalskiej Szwajcarii, mówi sie na nich Jaćwingowie, przez `ć`. Fajnie, że Hrystus opowiada również o rzeczach, o których często się nie mówi, np. o masturbacji. Mógłbym się pewnie zgodzić ze słowami Hrystusa: cholerna wolność robi ludziom z serca trzygwiazdkowy hotel. Każdy może w nim zamieszkać, jeśli tylko ma ochotę, a w portfelu trochę gotówki; Takie obrazy prawie, że codziennie oglądam w amerykańskich filmach w telewizji. Z własnego doświadczenia też mógłbym powiedzieć, że dla pieniędzy ludzie się godzą na poniżające warunki pracy, jeśli nie mają lepszej propozycji. Ale to temat na inną książkę.

Bardzo pozytywny przekaz Hrystusa. Jednak nie do końca, a niewiele trzeba, żeby oszaleć i popaść w jakąś chorobę psychiczną. Janusz Hrystusa to niewątpliwie postać tragiczna i pogrążona w depresji. Wydaje się jednak, że może to wynikać z choroby, a nie z osobowości czy charakteru. Choś analityczny umysł, skłonny do spekulacji myślowych, może tworzyć różne zdania warunkowe, to jednak zawsze chyba warto zwracać uwagę, na wnioski wyciągane z takich zdań. Bardziej tu chyba jednak chodzi o chorobliwy stan umysłu, a nie o filozofowanie. Na depresję choruje bardzo wielu ludzi, ale samo nie przechodzi.

Janusz Hrystus
Jaś Kapela
Krytyka Polityczna
Warszawa 2010

wtorek, 10 sierpnia 2010

Kochałem Marka Hłasko...



Końcówki to wspaniały tom rozmów z naszym legendarnym krytykiem literackim Henrykiem Berezą. Rozmawia Adam Wiedemann i Piotr Czerniawski.


Dowiedziałem się wielu nowych faktów,a również sądów o polskiej literaturze współczesnej rozumianej dość szeroko, od końca socrealizmu po lata 90te. Ten wywiad-rzekę, jak również myślę można określić tę książkę, odbyto w latach 90tych, zaś pierwsze wydanie miało miejsce dopiero w tym roku. Być może dlatego, że Bereza wspomina wielokrotnie o swojej miłości do Marka Hłaski, o tym, że miłość Marka była szlachetniejsza, niż jego. Mówi również o innych kolegach pisarzach, wobec których sugeruje, że również są homoseksualni, jak np. mówiąc o Januszu Głowackim. W latach 90tych w Polsce ta książka nie mogłaby się ukazać. Przynajmniej trudno to sobie dzisiaj wyobrazić. Bereza wielokrotnie powraca do pisarzy o orientacji homoseksualnej, do Prusta, do Jarosława Iwaszkiewicza czy Michała Witkowskiego. O "Lubiewie" Witkowskiego bardzo szybko wspomina odnośnie swojego dawnego kolegi Krzeczkowskiego, który prowadził życie bon wiwanta w PRL i był ponoć znaną ciotą w wyższych kręgach władzy. Bereza wspomina, że Janusz Głowacki był podopiecznym literackim Andrzejewskiego. Później, kiedy się kolegowali, Głowacki dawał do czytania swoje felietony, które Bereza ulepszał dając pomysły ze sfery językowej rewolucji. Pamiętam, że w pamiętniku Z głowy jest mowa o recenzjach teatralnych w Kulturze. Czy chodziło o te właśnie felietony? Naczelny krytyk PRL wymyślił kilka tytułów opowiadań: Moc truchleje, Kopciuch, Obciach, My sweet Raskolnikow.

Nie wszystkie osoby, o których opowiada legendarny krytyk literacki, są mi dobrze znane, ale dość bliską osobą na pewno jest dla mnie Jan Himilsbach, którego wielokrotnie oglądałem choćby w Rejsie, kiedyś nawet przeczytałem jego tom opowiadań. Miał  kiedyś przyjechać do Kaziemierza, do Marka Hłaski. Marek w Kazimierzu spędzał czas z Berezą.  Wypili we trójkę kawkę, bo według słów Henryka Himilsbach autentycznie kochał Marka, być może autentycznie kochał tylko Hłaskę, co było dla niego oczywistością. O jego prozie:  Himilsbach tak żyje, że on ma prawo mieć w dupie całą literaturę - użyłem słów w dupie, co było na początku lat sześćdziesiątych pewnym ewenementem - i może pisać, jak chce. O Andrzeju Łuczeńczyku, że rozmowy z nim były takie jak jego pisanie, odzywkami jednowyrazowymi, nie zaś rozmowami intelektualnymi w stylu krakowskim.

 W podręcznikach do literatury najwięcej chyba miejsca poświęca się uwagi lansowaniu przez Berezę prowincjonalnego pisarza Jana Drzeżdżona, że to jego odkrycie ten pisarz i dalej tym podobnie. Tymczasem w tej książce krytyk cieniuje swoje sądy o twórczości Drzeżdżona. Zaznacza jednak, że mimo swej wielkiej objętości Karamoro rozeszło się w dwudziestu tysiącach egzemplarzy. O Cierpieniach więźnia Feliksa napisał: połączenie genialności w myśleniu z jakimś nużącym niedostatkiem formy artystycznej. Absurdalizm w Wozie Drzymały.  Ale opowiadania Drzeżdżona są urzekające, tak mu się podobały, że szalenie chciał pojechać nad morze, by zobaczyć jaki jest Drzeżdżon.

Ciekawa jest więź pomiędzy naczelnym, a Adolfem Rudnickim, którego bardzo sobie cenił. Kiedyś w latach 50tych był pierwszy raz w jego mieszkaniu na jakby to przesłuchaniu, wybadaniu. O szczegółach jednak słowa nie padają. Opowiadania Rudnickiego określa jako przypowieści, zupełnie swobodne, na skojarzeniach oparte, nieskończone erupcje emocji wewnętrznych, nastawień wewnętrznych. O Januszu Rudnickim, który mieszka w Hamburgu: (...) I już nie wiem, czy to nie jest najprawdziwsza miłość, i to wzajemna, bo ja za Januszem Rudnickim przepadam i on robi wszystko, żebym ja myślał, że on też bardzo mnie lubi, że on też za mną przepada.

Naczelny zawsze podziwiał twórczość Iwaszkiewicza, czytał go całego i do dziś to robi. Kiedy Iwaszkiewicz był naczelnym Twórczości, Bereza przejął dział prozy. Iwaszkiewicz miał do niego pełne zaufanie i ponoć nigdy się nie wtrącał w oceny i drukowanie nowych nazwisk. W ogóle Iwaszkiewicz zachowywał kumpelskie stosunki ze swoimi współpracownikami. Problem miał tylko z donosami, które przychodziły na niego do Iwaszkiewicza. Np. po publikacji Kirsha`Obrazki, ach obrazki, były donosy z Warszawy, Krakowa, Moskwy, że drukuje się rzeczy wulgarne. Również po publikacji powieści Marka Słyka W barszczu. Powieść Słyka bardzo się podobała Kotowi Jeleńskiemu, który pisał, że jak my Polacy możemy się skarżyć na literaturę polską, skoro jest coś takiego, co przypomina takich i owakich pisarzy francuskich.

Naczelny ściął się z Błońskim, czyli tzw. szkołą krakowską. Błoński, również bardzo znany i legendarny już krytyk literacki, związany z UJ, w książce Zmiana warty potraktował literaturę kręgu Współczesności jako pewne zjawisko socjologiczne, ale bez większej wartości. Bereza mówi, że potraktował to trochę jak atak na swoją osobę. Bardzo sobie przecież cenił wczesną prozę Marka Nowakowskiego ( Sielanka, Benek kwiaciarz) , Edwarda Stachurę i Marka Słyka, a doceniał Stanisława Grochowiaka.

.
Bereza wspomina wiele różnych osób i ich utwory, które właściwie trudno opisywać dokładniej, ale chyba warto zaznaczyć, że w swoich wypowiedziach wspomina jeszcze o: książce Jacka Krakowskiego Klucze nieba i piekła, o prozie Nataszy Goerke, Izabeli Filipiak, Andrzeja Łuczeńczyka: Gwiezdny książę, Źródło, Dariuszu Bitnerze, Andrzeju Sosnowskim, Dariuszu Foksie, Bohdanie Zadurze. Darek Foks pracuje w Twórczości, nie czytałem jego książek, a chyba warto, bo nawiązują one do interesującej mnie popularnej literatury amerykańskiej, o ile Don Dellillo, Paula Austera, Palahniuka, czy McCarthyego można uznać za popularną. Mówiąc szczerze, nie wiem. Foks według naczelnego potrafi iść śladami literatury kowbojskiej i pokazać co się nam może przytrafić w obecnym świecie.


Henryk Bereza wielokrotnie mówi o miłosnych stosunkach z pisarzami, w pewnym fragmencie swoich wypowiedzi padają takie słowa:
Coś się kończyło u mnie, powiedzmy, w takiej miłosno-literackiej przygodzie, jak stosunek do Adolfa Rudnickiego czy do Jerzego Andrzejewskiego, czy w mniejszym sensie do Bohdana Czeszki i ze starszych pisarzy do Teodora Parnickiego.  Wyczerpała się moja fascynacja jego pisarstwem, jak gdyby przestało mi się chcieć poświęcać miesiąc na studiowanie wielkiej powieści, a to przy moim czytaniu wymagało studiowania, nie chciało mi się tego robić. Pamiętam, że Dorota Heck z Uniwersytetu Wrocławskiego była oczarowana fantazją Parnickiego.

U Konwickiego bardzo mu się podoba Dziura w niebie, Sennik współczesny, Zwierzoczłekoupiór, Wniebowstąpienie. Za największych pisarzy uważa Faulknera, Prousta, Duuna, Vesaasa, Gutersloha. Mówi: Ja teraz Gutersloha czytam bądź w przekładzie polskim, bądź w tekstach niemieckich, mogę czytać po stroniczce i jest to zawsze gwarantowana satysfakcja  literacka w najlepszym gatunku. NIe czyta czytadeł, czyta tylko dobrą literaturę, bo tylko ona daje mu przyjemność: Marka Hłaskę, Stachurę, Leca, Rudnickiego, Malewską, Myśliwskiego. Wszystko co było najlepsze w powieści podróżniczej można odnaleźć u Tabucchimiego. U Gombrowicza bardzo ceni Opętanych. W Opętanych jest wszystko prawomocne, można otworzyć egzemplarz Opętanych i powiedzieć, że to jest właśnie to, co się myśli, mówiąc, używając takiego określenia, takiego sformułowania.

W którymś ze Znaków Jarosław Klejnocki miał pisać o szkole interpretacji Jana Błońskiego i szkoły lektury Berezy. Szkoła Berezy miała wynikać z intuicji, co bardzo oburzyło narratora tego wywiadu-rzeki. Naczelny nie bardzo rozumie dlaczego Błoński jest uczony, a on nie. Na usprawiedliwienie dodaje, że w jego tekstach krytycznych jest sto doktoratów i piętnaście habilitacji. Podaje przykład prac doktorskich, które dwadzieścia stron o jakimś pisarzu rozrabiają w mętnej wodzie na dwieście. Dodaje, że nie pisze językiem akademickim, tylko swoim językiem, w którym jego zdania mają ukryte treści, by je odczytać trzeba wykazać dobrą wolę, by zrozumieć co one znaczą. Bereza zarzuca krytyce uniwersyteckiej i tradycyjnej historii literatury, że stawia sobie ona jakąś tezę i próbuje udowodnić wybierając z rozłożonego utworu  jakiś jeden element, jedną strukturę. I rzeczywiście tak jest, książki literaturoznawcze, które powstają na polonistykach zwykle dotyczą czegoś bardzo konkretnego, np. symbolu, śmierci, archetypów, schematów literatury popularnej, fantazmatów, figur wyobraźni, ironii, tekstowości, intertesktualności, odbiorcy, strukturalizmu, poststrukturalizmu, itd. Legendarny krytyk zaś uważa, że dobrze obcować z dziełem można tylko odbierając je całościowo, bez ograniczania się do pewnych elementów czy struktur. Wówczas dopiero można rozpoznać zakres oryginalności, jakie dzieło literackie ujawnia możliwości. Historycy literatury zaś mają pozorny czy udawany kontakt z literaturą, warunkowany tezą, jaką ma się na temat całej epoki albo całej twórczości pisarza w powiązaniu z koncepcją epoki i jeśli nawet biorą do ręki utwory, to tylko po to, żeby stronniczo, jednostronnie, użytkowo dla swoich celów spojrzeć na utwory literackie.

Pod koniec  Końcówek naczelny stwierdza, że człowiek właściwie może nie czuć tragizmu istnienia właściwie tylko wtedy, gdy jest głupi. Jeśli nie jest głupi, jeśli ma wrażliwość, ma wyobraźnię, to tragizm musi być fundamentem jego stosunku do świata. Tym łatwiej mu wtedy przychodzi dostrzeganie przyjemności życia, na przykład porannego słońca, zasłyszanego słowa na ulicy, z dobrego powiedzenia znajomych przy kawiarnianym stoliku, z tekstu literackiego. Sztuka jest łaską, którą nam dano, żeby w nieszczęściu, w tragizmie, w uplątaniu, w całej koszmarności świata była jakąś jasnością, jakimś promieniem dobra. Literatura, żeby miała sens, musi stawiać sobie nowe zadania artystyczne, bez tego w ogóle nie istnieje. W prozie nowe ambicje artystyczne zaczęły się pojawiać w latach 60tych: u Mirona Białoszewskiego, Stanisława Czycza, Tadeusza Nowaka, Mariana Pilota, Wiesława Myśliwskiego, Edwarda Redlińskiego, Andrzeja Kuśniewicza, Edwardy Stachury. W latach 70tych powstała książeczka Świat nie przedstawiony, która cofała literaturę do literackiego pozytywizmu! Do jakiegoś odpustowego realizmu. Powraca znowu do Marka Słyka, którego prozę uważa za wielką fabułę. Olgi Tokarczuk zaś nie ceni, że to kontynuacja tradycyjnego pisarstwa na sposób Poli Gojawiczyńskiej, że ona podaje fabułę tak, jak to robiono w XIX wieku, czyli w sposób komentatorski. W pisarzach Andrzeju Barcie i Stefanie Chwinie nie widzi pisarzy przyszłości. Podobnie Paweł Huelle, podobno pisze felietony w GW i słusznie, dodaje Bereza. Świetnym prozaikiem był Jakub Wojcieciechowski, robotnik, który napisał Żywot własny robotnika. Pierwszy raz o tym dziele usłyszałem w Krakowskiej Szkole Scenariuszowej na wykładach z literatury współczesnej prowadzonych przez Piotra Mareckiego. To wielka fabuła, taka jak u Ryszarda Schuberta, którego twórczość jest podobna do grupy Oulipo we Francji. Jakub Wojciechowski, to nie tylko dokument socjologiczny, ale również dokument artystyczny. To mogłaby być polska wersja Odysei. Tu już zaczyna się literatura stanu wojennego: Cisza Bohdana Zadury, Po bólu Krystyny Sakowicz, Rak Dariusza Bitnera, świetny Oficer Tadeusza Siejaka, Proces 11 Pawła Przywary (siedemnastolatka wówczas).

Credo Berezy to popieranie różnych dążności artystycznych i tego czy z tych dążności może coś wyniknąć. Wielka postać polskiej literatury, niewątpliwie. Ze względów zdrowotnych czyta obecnie mniej, głównie poezję. W Recyclingu Różewicza widzi pierworodność słowa, że nawet Pound nie jest w stanie powiedzieć tyle o mechanizmach świata. Najwybitniejszą polską prozą są Pamiętniki Paska, która to literatura polską kulturę, jej obłędy, jej chorobliwości, jej wspaniałości pokazuje w najpiękniejszym literackim kształcie. Oryginalnością Pamiętnikom Paska dorównują wojenne dzienniki Leopolda Buczkowskiego, proza Jakuba Wojciechowskiego, Drzeżdżon i jego absurdalizm w późnych dziełach.




Końcówki. Henryk Bereza mówi.
Adam Wiedemann, Piotr Czerniawski
Korporacja Ha!art
Kraków 2010

czwartek, 13 maja 2010

Powieść przełomowa zarówno dla Witkowskiego jak i Ha!artu.


Teraz to już stare dzieje, ale warto chyba poczytać dlaczego ta powieść jak tak ważna.  


              "Lubiewo" Michała Witkowskiego to powieść autokreacyjna i tylko w tym sensie może zostać nazwana powieścią, bo zwyczajnie nie ma jednego wątku głównego obok pobocznych, bo ma tylko same poboczne wątki, a scala je średnio na jeża postać autora, który czasami zaznacza w jakiś sposób swoją obecność w krótkich historyjkach o polskich ciotach, czyli pedałach, którzy uprawiają seks tylko z heterykami. Nie są gejami, bo nie pieprzą się z takimi jak oni, ale tylko z tymi hetero, nazywają ich lujami.

                  Ale "Lubiewo" wrocławskiego prozaika, rocznik 75, do niedawna doktoranta na wrocławskiej polonistyce u Stanisława Beresia, który ostanio zaczął się udzielać w Dzienniku, ma ścisły związek z polską prozą minionego okresu, bo dzieli się ta powieść na dwa przedziały czasowe. Pierwsza część to wspomnienia dwóch starych ciot wrocławskich - Patrycji i Lukrecji o pikietach
(czyli miejscach polowań ciot na heteryków) w czasach PRL, które tworzą w miarę jedną ciągnącą sie fabularnie historię, zaś druga część książki to krótkie historyjki o ciotach bardziej po 89 roku, o ich losach w IIIRP, z tylko krótkimi akcentami dawniejszych czasów.

                   By zrozumieć autotematyzm tej książki, realizm i autokreację, warto zajrzeć do książki Jerzego Jarzębskiego "Powieść jako autokreacja".

Ten polonista z UJ, pisze:
"Realizm jak sądzę, więdnie nie wtedy, gdy intelekt kapituluje przed światem, ale wówczas, gdy znika przeświadczenie , ze los jednostki jest modelem losów społeczności, lub przynajmniej: że w tym, co w egzystencji jednostkowej "modelowe", tkwi klucz do rozwiązania rzeczywiście istotnych zagadnień.
Jak trafnie zauważył Watt w "Narodzinach powieści", nowożytna powieść realistyczna rozpoczyna się od uznania przeżyć zwykłego , współczesnego autorowi indywiduum za przedmiot godny literackiego opracowania - godny dlatego, że tylko poprzez historię konkretnego, osadzonego w okreslonej rzeczywistości społecznej człowieka można dotrzeć do prawd ogólnych, organizujących życie społeczeństwa jako całości. Te prawdy ogólne muszą być jednak ufundowane na względnie jednoznacznym i stabilnym systemie wartości. Kryzys tego systemu, inflacja wartości skutecznie blokuje literackie pośrednictwo między indywiduum a społeczeństwem."

                         Pierwsza część książi dotyczny wartości kraju Polski Ludowej, stąd jest ona realistyczna. Inaczej się zaczyna dziać w drugiej części, dochodzi do głosu nie postać literacka, ale głos autorski. Trudno dziś pisać prozę realistyczną, najczęściej jest to proza oparta na "wyobraźni na wolności", stylizacji, fikcji jako możliwości tworzenia nowych światów ze słów. Dlatego do głosu przedostaje się prawda autobiograficzna, jedynie głos subiektynej autorskiej prawdy jest w miarę pewny. Oczywiście autobiografizm dochodził do głosu już dużo wczesniej, przed 89 rokiem, był obecny w PRLu w prozie Gombrowicza, Andrzejewskiego, Rudnickiego, Brandysa, Białoszewskiego, Stachury, Żakiewicza. Ale świat ciot był światem opartym na stałych wartościach, regułach i zasadach. Stąd był możliwy do
odworzenia na zasadach tradycyjnej mimesis, jako naśladowania rzeczywistości poprzez modelowych boaterów. Ale ten świat się zmienił po 89 roku. Teraz opis realistyczny stał sie niemożliwy.
Jerzy Jarzębski pisze o "autotematycznym zapisie doświadczenia autokreacyjnego", o tym ,że autor poszukuje w sobie samym mikrokosmosu, że jest dla samego siebie modelem do składania, obiektem twórczej penetracji. Poetykę "modelu rzeczywistości" w prozie zastąpiła poetyka "cytatu z rzeczywistości". Utwór zakłada możliwość dotarcia do przedstawionej rzezywistości jakąś inną, nieliteracką drogą. Pisze Jarzębski, że "w przedsięwzięciu autokreacji istotna jest dynamika autora, który wciela się w coraz to nowe role i z różnych punktówe widzenia ogląda świat."

                      Witkowski bardzo przebiegle uchodzi przed wpadnięciem w dziennik czy pamiętnik, bo jego autobiografizm nie polega na mówieniu o sobie jako facecie, ale jako o michaśce literacce, ciotce. Bo jak wiadomo autor również jest przegięty i ma skłonności homoerotyczne.
Przytoczę kilka szczegółów. Ale najpierw
był ten wstęp, ponieważ w lubiewie mamy do czynienia właśnie z hermetycznym światem ciotowskim rzuconym na czas historyczny, pokazany jak ten świat ulega rzomyciu, przedawnieniu, jak jest wypierany przez młodych, zakolczykowanych gejów. Do poprawnego odebrania "Lubiewa" niewątpliwie potrzebne jest jakieś przygotowanie, bo nie jest to lektura napisana przez typowego macho, który by opowiadał o znanych męskich sprawach. Lubiewo zapewne realizuje, to o czym pisał Jarzębski:" Literatura skłoni się w nadchodzacych latach ku realizacji intymnego dialogu z odbiorcą, dialogu, w którym istotną rolę odegra stopień wtajemniczenia, przynależność do pewnego towarzyskiego kręgu, wspólnota ekscentrycznych, niecodziennych doświadczeń." Są to słowa z 1984 roku.

Natomiast w Lubiewie jest wiele opisów podrywania lujów w parkach, różne niebezpieczne historie czy takie zabawne, kiedy to pewna ciota zwana Oleśnicką robi konkurencje tirówkom, bo obciąga kierowcom za darmo.Cioty to rzecz jasna faceci, którzy przeginają się, ubierają się jak fececi, ale próbują dodać jakieś kobiece elementy, a to malują usta bezbarwną pomadką, a to
noszą w reklamówkach damskie kosmetyki, grzebyki, kiedy mówią to modelują głos na kobiecy. Mają taką zasadę, że nie gadają z lujami o sobie w parku, ale od razu zabierają się do rozporka, przy tym dostają dziewięć razy na dziesięć po gębie. Autokreacja Witkowskiego w drugiej części powieści z akcją umieszczoną po 89 roku, polega na tym, że pisze o sobie i swoim środowisku w sposób przegięty. Zacytuję fragment:"

"Jeeeeezu, Żorżeta mnie dopadła, manieruję się językowo i ruchowo, przeginam, że chyba już po mnie, po mnie!
Pot leci ze mnie, ścieka mi powolutku stróżkami spod włosów, zatrzymuje się na brwi. Przewalam się ciężko z brzucha na bok, smaruję olejkiem. Patrzę na blondynka spomiędzy traw, z mojego grajdołu na wydmie."

Bohater jest nad morzem w Międzyzdrojach i spotyka na plazy stare cioty pamiętające jeszcze PRL, które coś czasmai mu opowiedzą, jak tu bywało, kiedy przyjeżdżały na wczasy pracownicze i trzeba było udawać, że jest się hetero i skradać się na plażę ciotowską zaraz za plażą nudystów. Druga część nad morzem jest zatutułowana Ciotwski bicz.



                     Pierwsza, krótsza część, wynurzenia dwóch starych łysiejących facetów - którzy pieszczotliwie nazywają siebie Patrycją i Lukrecją, nie jest przeginaniem się autora, jego autokreacją. Jest zapisem jego reporterskiego notowania słów Patrycji i Lukrecji, świata z ciotowskiego PRLu. Można by nawet powiedzieć, że to jakiś nieznany nam narrator zapukał do drzwi starego bloku dwóch starych ciot i spisuje do Dużego Formatu Wyborczej reportaż, no ale my wiemy, że autor powieści jest ciotą i że rozmawiał z prawdziwymi starymi ciotami, bo sam o tym mówił w licznych wywiadach i w jednej telewizyjnej przygodzie, podczas której oprowadzał dziennikarzy po wrocławskich pikietach, m.in. w byłych radzieckich koszrach. W każdym bądź razie narrator :) wyjaśnia nam że "przeginanie się to udawanie kobbiet - jakimi je sobie wyobrażają ( chodzi o Lukrecję i Patrycję) - wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie ależ przestań i Boże Bożenka. Albo podchodzenie do miśka (czyli luja), kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie
- Główkę , szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz.
Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie. Zabawa w babę.
- Ależ przestań, moja droga! - teraz Patrycja przegina się i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. Tak, w starej, obskurnej szklance, ale jednak na tacce i z serwetką. Formy, formy są najważniejsze. I słowa. Na stronie 147 wydania ha!artowskiego jest zarazem i autotematyzm i autokreacja. Michaśka opisuje spotkanie na plaży z wyemancypowanymi gejami z poznania, historyjka ma tytuł: Napisz o nas!

"Znam je te ogłoszenia, oj, znam, z całym tabunem ludzi się swego czasu spotkałam.
A oni do mnie, czy tą piłką będę rzucała, bo taką siatkę przez całą odległość od morza do wydm przewiesili na patykach i grają. Jeden w dredach utlenionych, drugi z tatuażem, wszyscy podskakują, męscy.
- Gdzie, gdzie ja do piłki? Położę się może raczej na waszym kocu, jeśli pozwolicie i opowieścią taką was uraczę, bo od opowieści jestem. Pisarz? Pisarką jestem nie lada, Michaśka Literatka mnie wołają, dawniej Śnieżka.
(...)
-Napisz koniecznie książkę o nas, o nas -Gejach... Musi to być historia dwóch gejów z klasy śreniej, z wyższym wykształceniem, doktorantów z zarządzania i finansów, w okularkach, w sweterkach...
(...)
-Aha! Świetny pomysł na książkę, genialny prezent na Walentynki, pary gejowskie se kupią w galerii sklepów, już lecę pisać, muszę zmykać, może co zarobię!"

Historyjka o Pauli(facecie):
"- Ha! ha! ha! Aleś Andzia, znowu wymyśliła!
- Ty wiesz, Paula, czemu ten kurwiszon, Michaśka, książkę o nas pisze?
-Czemu?
-Bo myśli, że luje przeczytają, wzruszą się naszym losem i się zlitują i staną się do drutowania łaskawsi."

Witkowski potrafi stworzyć też ładne porównanie -
"Umorusani chłopcy przyprószeni tym wtorkiem, jak szarym kurzem."

Dwa razy w powieści jest mowa o jeziorze Wigry.
Pierwszy raz wspomina je emerytka z Lubiewa, czyli tej plaży ciotowskiej nad morzem(facet):
-Wtedy to w ogóle bardziej się czuło, że jest się w Polsce. Bo były polskie produkty, w radio puszczali polską muzykę, jeździło się też tylko po Polsce, bo były trudności paszportowe. I człowiek czuł się Polakiem. Zmywało się Ludwikiem, słuchało przy tym Maryli Rodowicz i marzyło o wczasach nad jeziorem Wigry."

Inna emerytka(facet):
"To zachód przyszedł i pzywlókł swoje choroby, swoje ananasy podejrzane. A kto go zapraszał? Albo to źle było nad jeziorem Wigry, augustowskie noce, kormoranów wątła nić, tańce na drewnianym molo... Komary. Wyżywienie w stołówce było bardzo dobre...(...)."

Michaśce czy Michalinie zdaje się, że widzi Oleśnicką z dala na plaży ze swoim psem:
"Żeby to ona i jej pies, co w Bydgoszczy, Toruniu, Kaliszu, Suwałkach, Zgierzu, Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu, Olsztynie, Krakowie, wszędzi obsikiwał drzewa na pikietach(... )."

                    Michaska jeszcze charakteryzuje lujów, jako typy o szerokiej duszy, które rzucają butelkę wódki w krzaki i nie mają wygolonych członków, typ występujący tylko na wschód od Odry po krańce Rosji.

                     Histoyjki z Lubiewa są świeże, na pewno tak je każdy odbierze. Jedyne czego brakuje tej powieści, to jakiejś ciagnącej się przez całą powieść nitki fabularnej. Wypada jedynie kibicować autobiograficznym, autokreacyjnym wynurzeniom samego autora, bo nie ma innych stałych bohaterów w tej powieści, inne cioty zmieniają się jak w kalejdoskopie.


Lubiewo
Michał Witkowski
Ha!art
Kraków 2005




środa, 28 kwietnia 2010

Oni wolą nie



Chodzi o słowo "nie" przeciwko wszelakiej opresji, z którą może się zetknąć człowiek w obecnych czasach.
Wolałbym nie mówi bohater noweli Hermana Melville`a: "Bartleby, skryba. Opowieść z Wall Street". Zachowanie bohatera dokładnie wyjaśnia Grzegorz Jankowicz we wstępie do antologii krótkich opowiadań zatytułowanych "Wolałbym nie". I kogoż my tu mamy? Same tuzy młodego literackiego pokolenia.
Jak każdy krytyk mam prawo również do swojego prywatnego zdania, mam pewne gusta i odczucia.

Pierwsza w zbiorze jest Sylwia Chutnik, jej bohaterka sprzeciwia się pracy w biurze, nienawidzi takiej pracy. Więcej nie pamiętam.

Kolejne opowiadanie kolegi Czerskiego na długo mi utkwiło w pamięci. Nie streszczę go, ale muszę napisać, że skojarzyło mi się ono z opowiadaniem pewnego Amerykanina ze zbioru opowiadań w miarę młodego amerykańskiego pokolenia literackiego, zebranych przez Zadie Smith. Zbiór nosi wymowny tytuł "Poparzone dzieci ameryki", a autorem jest George Saunders i jego "Umiem mówić!". Opowiadanie jest w formie listu sprzedawcy sklepu do klientki. Sprzedawca usprawiedliwia produkt przed niezadowoloną klientką. Chodzi o maskę zakładaną na kilkumiesięczne dziecko. Maska przylega dokładnie do twarzy dziecka. Mówi różne słowa i zdania, a usta maski wyglądają jak usta dziecka. Firma sprzedająca Symulusta daje radość rodzicom, bo zamiast gu-gu mogą słuchać ciekawych i mądrych zdań wypowiadanych przez małe dziecko. Sprzedawca oferuje klientce nowy typ maski z większą ilością zdań i wyrażeń. Opowiadanie czyta się z narastającą grozą. Opowiadanie Piotra Czerskiego "Bramka" jest podobnie sugestywne i trochę efekciarskie jak amerykańskiego kolegi po piórze, ale nie tak dobrze skonstruowane. "Bramka" nie do końca utrzymuje powagę realizmu.

 Jacek Dehnel opisał dość makabryczną fotografię przedstawiającą młodego Niemca, którego twarz zjada toczeń. Pisarz wyobraża sobie, do jakich prac mógłby być zatrudniony człowiek ze zdjęcia. Do garbowania skór, do opróżniania latryn, do wyłapywania wściekłych psów. Te snucia i domysły narratora są niezwykłe. Duży plus dla tego opowiadania.

Na bardzo oryginalnym pomyśle oparte jest opowiadanie Łukasza Orbitowskiego "Omega". Bohater - pisarz upodabnia się do postaci, które opisuje. Skojarzyło mi się to z "Zeligiem" Woody Allena.

Niezwykle ciekawie kończy się opowiadanie Michała Zygmunta, zaiste pracownik wypożyczalni wideo wzbił się na wyżyny żartu.

Ogólnie mogę więc pochwalić tę antologię krótkiego opowiadania. Jedyna uwaga jest taka, jaką kiedyś skierowałem do Tomasza Piątka. Że za krótko. Otóż to. Piątek zaczął pisać dłuższą prozę, np. Pałac Ostrogskich i zaczęło to wszystko jeszcze lepiej brzmieć. Za ostatnią książkę był nominowany do Nike. Tak samo w tym przypadku tej antologii. Opowiadania dwa lub kilka razy dłuższe, byłyby jeszcze lepsze. Czasami tak jest, że chciałoby się coś czytać dalej, ma się to poczucie, że historia została za szybko opowiedziana, albo że jest za krótka. Następnym razem powinno być lepiej, czego wydawcy i autorom serdecznie życzę.



Wolałbym nie
Ha!art
Kraków 2009

środa, 21 kwietnia 2010

"Cząstki elemntarne" jako falsyfikowalny dokument.

           
           "Cząstki elementarne" jak pamiętamy kończą się konsekwencjami prac Dzierżyńskiego. Kiedy umiera na raka jego przyjaciółka, wiecznie smutny fizyk zajmuje się problemami naukowymi, o których rozmyśla podczas swojego urlopu.                   

             Po serii badań biotechnologicznych w Irlandii, Dzierżyński tworzy niesamowitą teorię o właściwościach ludzkiego kodu dna. Zaraz potem umiera. Jego badania rozpropagowuje na całym świecie młody naukowiec Hubczejak o charyzmatycznej osobowości.

Taką informację podaje narrator:
"Oczywiście praktyczne konsekwencje tego faktu przyprawiały o zawrót głowy: każdy kod genetyczny, niezależnie od jego złożoności, mógł być zapisany ponownie w standardowej formie, strukturalnie stabilnej, odpornej na zaburzenia i mutacje. Każda komórka mogła więc zostać wyposażona w zdolność nieskończonego kolejnego powielania samej siebie. Każdy gatunek zwierzęcy, niezależnie od stopnia ewolucji, mógł zostać przemieniony w gatunek pokrewny, reprodukowalny przez klonowanie i nieśmiertelny."

Hubczejakowi udaje się uzyskać fundusze na badania a potem seryjną produkcję nowego gatunku ludzi, bez płci, o takich samych genach, podobnych do siebie jak bracia bliźniacy. O co chodziło Dzierżyńskiemu? A zarazam o co chodzi autorowi tej książki? Jest to naukowa odpowiedź na samotność człowieka, której nie potrafi przezwyciężyć ze względu na swoją płeć. Mówimy oczywiście o osobnikach heteroseksualnych, takich jak bohaterowie cząstek. Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ludzkich niepowodzeń życiowych - jego zbyt późny związek z przyjaciółką poznaną jeszcze w dzieciństwie - są zbyt duże różnice pomiędzy ludźmi.
Dzierżyński chce by: "ludzkość zniknęła; ludzkość ma dać początek nowemu gatunkowi, pozbawionemu płci i nieśmiertelnemu, który przezwycięży problem indywidualizmu, rozłąki i troski o przyszłość."

Hubczejak prawdopodobnie stworzył nowy gatunek ludzki na podobieństwo kobiet, skoro lansował hasło: "PRZYSZŁOŚĆ NALEŻY DO RODZAJU ŻEŃSKIEGO."

Problem zaniku przyjemności wynikających z uprawiania seksu został rozwiązany w tym nowym świecie poprzez przeniesienie na całą skórę ciałek krausego, odpowiadających za odczuwanie rozkoszy.Nowy gatunek ludzki, nowa rasa zaludniła ziemię 50 lat po śmierci Dzierżyńskiego.
Narrator należy już do nowej rasy, pisze:
"Po zerwaniu ojcowskiej więzi, która nas łączyła z ludzkością - żyjemy. Według oceny ludzi żyjemy szczęśliwi; to prawda, że umieliśmy wyzowlić się z sideł egoizmu, okrucieństwa i gniewu, których oni nie mogli przezwyciężyć; nasze egzystencje różnią się od siebie. Nauka i sztuka ciągle istnieją w naszym społeczeństwie, lecz trzeba przyznać, że poszukiwanie Prawdy i Piękna , w mniejszym stopniu motywowane przez bodziec indywidualnej próżności, stało się celem mniej pożądanym i nie tak niezbędnym. Ludziom dawnej rasy nasz świat wydaje zdaje się rajem. Zresztą czasem sami sobie nadajemy - w sposób co prawda nieco żartobliwy - nazwę "bogów", nazwę, która, produkowała tyle ich wyobrażeń."

Te wszystkie cytaty i krótkie wprowadzenie jest po to , by pokazać, że 
polska krytyka błędnie rozumie Houellebecqa, bo jako krytykę zachodniej cywilzacji. To nie jest krytyka zachodniej cywilizacji, ale ludzkości w ogóle. Nadzieję łelebek widzi w oświeceniu, nauce, która przyniesie wyzwolenie od ludzkiego zła. Na ten trop interpretacyjny naprowadził mnie wstęp do wyboru "Pieśni Maldarora" Lautremonta napisany przez nieznanego mi Józefa Waczków. Otóż pisze on, że Ducasse " pyta się dlaczego człowiek jest gorszy, okrutniejszy, bardziej podły od największych drapieżników? Lautremont poeta pokłada nadzieje w nauce, komponuje hymn do matematyki, która mogłaby go utrzec przed nieprawością człowieka." (...)
"Ducasse miał genialną intuicję. Marzył o uwolnieniu człowieka od świadomości racjonalnej, jako źródła największego zła, by sprowadzić go do stanu intuicji zwierzęcej, albo obdarzyć go czymś, czego bóg mu poskąpił (prometeizm Maldarora).(...)
"W świetle badań etologii dzisiejszy człowiek, zachowując wszystkie spontaniczne popędy zwierzęce, umie, dzięki, swojej swiadomości, zdusić w sobie wszystkie instynktowne zahamowania przed agresją i okrucieństwem wobec innych ludzi. I tym się różni niekorzystnie od zwierząt drapieżnych.
Skoro jesteśmy ogniwem pośrednim pomiędzy zwierzętami a prawdziwie ludzkimi ludźmi, jak udowadnia Konrad Lorenz, musimy uznać prawomocność buntu Ducasse`a przeciwko takiemu stanowi rzeczy. W tym tkwi oryginalność pieśni Maldorora."

Pominę dyskusję o pieśniach Lautremonta. Kiedy się je czyta, czuć w nich tę nienawiść do świata popartą logicznymi wnioskami z obserwacji. To jest zapis kondycji ludzkiej obecnej również w "Cząstkach elementarnych" Łelebeka. 
Jaka bardzo jasna i widoczna paralela występuje pomiędzy poglądami tych twóch pisarzy. Pierwsza ksiażka Łelebeka "Poszerzenie pola walki" jest o tej beznadziejnej wyprawie z Paryża na nadmorską francuską prownicję. Podobieństwo do pierwszej pieśni jest uderzające. Oprócz motywu wyjących, biegających i gryzących psów, obecnego  we wszystkich powieściach łelebeka, w pierwszej pieśni jest mowa o pędzącym przed morzem samotnym, szpetnym , brzydkim człowieku, takim jak ten brzydki współpracownik, który bezskutecznie próbuje podrywać dziewczyny w klubie, a potem za pdszeptem kolegi jadą razem za młodą parą nad ocean i ten brzydki idzie, a potem biegnie z papierowym nożem by zabić tego czarnego z białą dziewczyną. On biegnie za nimi, ale potem wraca i mówi, że nie mógł zabić. 

Mimesis

Łelebek stosuje w swojej książce  zarówno staroświecką mimesis, tworzy iluzję realności, kreuje rzeczywistość za pomocą odwołania do potocznego języka, ale i również za pomocą kliszowych repertuarów socjolektów obnaża te chwyty realistycznego iluzjonizmu w kolażu intertekstualnym. Przygodową fabułę i prawie że sensacyjną akcję, jak w "Platformie", można opowiedziec w skrócie  w kilku zdaniach, jest bardzo prosta i może zwieść kogoś, kto nie czytał łelebeka, bo może uznać te książki za czytadła. Tymczasem to ciągłe pytanie, które sobie stawia czytelnik, co będzie dalej(?) uatrakcyjnia powieść, jest takim nawiązaniem do mimesis i zarazem u czytenika modelowego, jak by chciał umberto eco, powoduje dekonstrukcję tej mimesis. Bo czytelnik świadomy zdaje sobie sprawę, że nie fabuła i akcja jest tu najważniejsza, że to jest tylko takie estetyczne opakowanie. 
Nawiązania intertekstulane do Lautremonta są bardzo wyraźne. Właściwie trudno mówić tak naprawdę na serio o mimesis w tej powieści. Jest raczej w tej powieści to przekonanie, o którym pisał R. Nycz w "Tekstowym świecie", że słowa mogą naśladować tylko słowa, a powieść postmodernistyczna stawia mimesis jako negatywne odniesienie.

Zatem jest powieść dla znawców literatury, do których nie należą wszyscy polscy gazetowi krytycy literaccy.                                                                              

  Michel Houellebecq

  Cząstki elementarne
 2004, Wab

czwartek, 8 kwietnia 2010

Bardzo złe małpy



     Złe małpy Amerykanina Matta Ruffa to powieść skrojona według schematów kina hollywodzkiego. Manicheizm, walka dobra ze złem podniesiona do szóstej potęgi, jak to ostatnio pisze się w liternecie. Literatura rozrywkowa z kilkoma trafnymi refleksjami dotyczącymi natury psychologicznej człowieka. To co nas bardzo mocno oburza, zwykle ma odniesienie do naszego własnego życia, do tego samego lub czegoś podobnego. Sama fabuła oparta jest na pewnym chwycie, dobrze znanym literaturoznawcom, ale nie często stosowanym w powieści. Tym razem w sposób uproszczony i na rzecz wciągnięcia czytelnika w "dobrze opowiedzianą" historię, od początku do końca.
Lektura w sumie niezła. Bo czy nie lubimy sobie wyobrażać, że walczymy ze złem? Że jesteśmy po dobrej stronie mocy? Że nie zwariowaliśmy, a organizacja pomaga nam tylko walczyć ze złem, dostarcza broni i logistyki. Młoda kobieta Jane zostaje zwerbowana przez organizację eliminującą złych ludzi, głównie seryjnych morderców. Złych ludzi nazywają złymi małpami. Zabijają ich bronią biologiczną, tropią ich dzięki przeróżnym podsłuchom i kamerom, a potem uśmiercają. Policja często nie wie jeszcze o ich istnieniu. Czy nie każdy z nas chciałby posłuchać historii Jane, którą złapano i przesłuchują teraz w szpitalu psychiatrycznym? Zaczyna się ciekawie, prawda? Koniec też was nie zawiedzie. Ale jeśli lubicie poczytać coś lepszego, refleksyjnego i zarazem artystycznego, czyli poweść z wyższej półki, to sobie darujcie z Mattem ruffem.

      Dodam coś jeszcze. Zacząłem niedawno czytać Agambdena, jego Wspólnotę, która nadchodzi i zwróciłem uwagę na to co pisze o gnozie manichejskiej. Kiedy powiększa się obszar dobra, w wyniku walki ze złem, powiększa się również obszar piekła. Myślę więc sobie, że być może równowaga jest zachowana, ale czy chodzi nam o to, by obszar zła się powiększał? Jak więc postępować ze złem? To dobre pytanie, dobre na powieść. Ale ta książka jest rozrywkowa, więc dostarcza uproszczoną wizję świata. A więc nie ma co się rozpisywać:)

wtorek, 29 września 2009

"Nowy" "Drewniany różaniec" Natalii Rolleczek




Natalia Rolleczek, kiedy pisała autobiograficzny "Drewniany różaniec" miała trzydzieści kilka lat, wystarczająco dużo, by poprowadzić długą, pierwszoosobową narrację o swojej młodocianej niedoli. Tafiła do sierocińca jako nastolatka. Miała rodziców, ale bardzo biednych. Trafiła na dwa lata do zakładu prowadzonego przez siostry zakonne. Sierociniec nie otrzymywał dotacji od państwa. Ubranie i jedzenie siostry musiały upraszać co łaska. Co roku siostry i kilkanaście młodych dziewczyn jeździło wozami na dwutygodniową kwestę po okolicy. Otrzymywały kapustę, ziemniaki, marchew. Życie dziewczyn w zakładzie było ciężkie. Właściwie atrakcyjność tej opowieści opiera się na opisaniu tego życia, które nie było monotonne, a mimo tego, jak to się mówi, dawało się we znaki. Dość przykra była siostra Modesta, która prowadziła całodzienny nadzór nad wychowanicami. Którejś nocy wykryła, że dwie najmłodsze dziewczynki śpią razem na łóżku. Obudziła je i przymierzyła się do zbicia ich drewnianym różańcem. Najstarsza Helka krzyknęła, żeby się schowały pod łóżko. Równie radykalna była przełożona zakonu: "mateczka". Kiedy zobaczyła zakładówkę wracającą ze szkoły z rozpuszczonymi włosami, pełna wściekłości dopadała dziewczynę i tarmosiła ją za włosy. Zakładówki musiały nosić włosy splecione w warkocze. Każda dziewczyna miała mnóstwo pracy, głównie przy sprzątaniu sierocińca i kościoła. Bardzo kontrastujące były śniadania zakładówek - cienka kawa i kilka kromek chleba - ze śniadaniami księdza, który odprawiał masze w kaplicy sierocińca.

Były też zabawne sytuacje w życiu "pensjonarek". Któregoś razu siostra Modesta zebrała prace dziewcząt na tematy religijne, z których nejlepsze miały szanse zostać wydrukowane w pisemku religijnym "Orędowniczku". W niedzielę po mszy odbyło się uroczyste spotkanie z księdzem, który przy dziewczynach i siostrach zakonnych zabrał się za czytanie najlepszych prac. Sięgnął po pracę na wierzchu, która została wybrana przez siostrę Modestą za najlepszą. I czytał na głos:
"O co prosiłabym Matuchnę Bożą, gdybym ją spotkała w lesie? Gdybym spotkała Matuchnę Bożą w lesie, to przede wszystkim powiedziałabym jej, że nasz sierociniec razem z siostrą Modestą, jest miejscem gorszym od piekła".

Warto też zwrócić uwagę na pewne słowa siostry Modesty, które przytacza Rolleczek:" Każda chwila, kiedy z miłości niebu czynimy dobrze, jest najpiękniejszą chwilą w naszym życiu". Aż od razu nasuwa się komentarz, że to doprawdy dziwny sposób myślenia.

Przejmujące jest zakończenie książeczki. Młoda Rolleczek niosła z rzeźni w wiaderkach rosół do sierocińca, ale była zima, pośliznęła się i wylała cały rosół. Siostra Alojza złowrogo zwróciła się do Natalii, w takich przypadkach biła linijką po dłoniach. A Rolleczek takimi słowami kończy opowieść: " Siostro Alojzo, siostro Alojzo, która miotasz się w gniewie. Czy to, co naprawdę straciłam tutaj, to był rosół? A może straciłam coś bez porównania cenniejszego, a ty, siostro, nie zauważyłaś tego wcale?"
O ile dobrze rozumiem autorkę, to pewnie chodziło jej o utratę wiary. Po lekturze tej książki trudno nie patrzeć krytycznie na kościelne wychowywanie młodych ludzi w czasach przedwojennych. Nie jest to może aktualny dokument, ale na pewno nie wystawia dobrego świadectwa kościołowi katolickiemu tamtych czasów. Drugiej RP również nie.

Bardzo ciekawie o "Drewnianym różańcu" napisał na swoim blogu Jarek Czechowicz: "Natalia Rolleczek barwnie opisuje perypetie dorastających dziewcząt w świecie, w którym niejako zabrania się dorastania. Opowiada o dojrzewaniu w miejscu, w jakim dojrzały oznacza wiernie podporządkowany twardym zasadom. Postrzegam „Drewniany różaniec” jako smutną opowieść o tym, jak rozpaczliwie zachować godność w świecie, w którym nie można godnie żyć. Opowieść o dorastaniu u surowych felicjanek to historia konfrontacji młodzieńczych ideałów ze społecznymi normami, za którymi czai się pustka i strach".

Bernadetta Darska na swoim pisze tak m.in. o książce Rolleczek: "...Mamy do czynienia z tekstem literackim, a ten zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym, pozostawia wiele do życzenia i o tym należałoby powiedzieć". Szkoda tylko, że jednak nie pisze później dlaczego pod względem językowym i fabularnym coś jest nie tak, poprzestaje tylko na tym jednym, zacytowanym stwierdzeniu. Nie jest to wyrafinowana językowo proza spod znaku Saula Bellowa czy fabuła spod znaku Dostojewskiego. Ale przecież nie w tym leży siła opowieści boigraficznych. Narracja w "Widnokręgu" Myśliwskiego jest przecież meandryczna, trudno tam o jakąś niezwykłą fabułę. Język zaś jest w autobiografiach zbliżony do realnych postaci, które stanowią jakiś wzór dla postaci fikcyjnych.

Książkę polecam, jest ciekawa i wzruszająca.

Pierwsze wydanie "Drewnianego różańca" było z 1953 roku.

Korporacja Ha!art. 2009

wtorek, 11 sierpnia 2009

Kim my jesteśmy? O Białych zębach Zadie Smith




Białe zęby zadie smith ( córka Anglika i Jamajki) to świetna powieść poruszająca wiele spraw codziennego życia we współczesnym Londynie.
Ale życie trzech rodzin w Londynie jak najbardziej jest wzorcowe również dla Polaków, to jest ta sama cywilizacja. Najpierw poznajemy historię znajomości Anglika Archiego Jonesa i emigranta z Bangladeszu Samada Iqbala. Poznali się w czasie II wojny św. w czołgu zdaje się, że w Grecji. Historia ich rodzin zaczyna się w latach siedemdziesiątych w Londynie. Muzułmanim Samad poślubia młodszą o dwadzieścia lat muzułmankę Alsanę. Archie, ateista poślubia młodszą o dwadzieścia lat ateistkę Clarę Bowden, z domu Świadków Jehowych. Jej matka Hortense Bowden jest aktywną jehowitką. Archie pracuje jako składacz papieru, zaś Samad w restauracji jako kelner. Czas po pracy spędzają w knajpie muzułmanina Mickeya. Samad stara się żyć wiernie według zasad Koranu, z czym ma wielkie kłopoty. Wciąż źle się czuje w zlaicyzowanym społeczeństwie. Wciąż o tym mówi Archiemu. Przez kilka miesięcy ma romans z białą nauczycielką, ale sumienie mu mówi, że nie jest dobrym muzułmaninem, więc zrywa związek. Rozmowy pomiędzy Archibaldem a Samadem dotyczą głównie historii pradziadka Samada: Mangala Pande, który według zdania Samada rozpoczął rewoltę przeciwko Anglikom w Bangladeszu i odegrał w nim wielką rolę. Archie powołując się na książki historyczne zaprzecza temu, według historyków Pande nie odegrał żadnej roli w tym historycznym zajściu. Dla Samada to jest tak ważne jak być lub nie być. To jest sens jego życia, czyli posiadanie historii. Ich dzieci dorastają. Samad martwi się o życie religijne ich synów bliźniaków: Millata i Samada. Postanawia bez wiedzy żony wysłać jednego z nich do Bangladeszu, by mógł posmakować tradycji i religii u ich źródeł. Wybór pada na spokojnego dwunastoletniego Magida. Przemyca go do swej ojczyzny. Żona Alsana od tej pory nigdy nie mówi mu tak lub nie, ale być może. Kiedy Magid poznaje Azję, Millat w tym czasie umawia się z białymi dziewczynami, co doprowadza Samada do białej gorączki. Białe dziewczyny dla rodziny Iqbalów to symbol wyuzdanego seksu. Kiedy dzieci tych dwóch rodzin, Archie ma córkę Irie, osiągają wiek nastoletni, poznajemy trzecią rodzinę, zaasymilowaną rodzinę naukowca genetyka Marcusa Chalfena i jeżo żony Joyce, w której panuje całkowity luz, jeśli chodzi o kontakty rodziców z dziećmi. To typowa angielska rodzina( pochodzący w którymś pokoleniu ze wschodniej Europy), która nie wyznaje żadnej religii. Mają czwórkę chłopców, z których najstarszy Joshua jest w wieku Irie i Millata.
Millat i Irie w szkole zostają przyłapani na posiadaniu marichuany. Dyrektor kieruje ich do rodziny Joshui, by podciągnęli się w nauce i poznali życie klasy średniej.
Żona Marcusa jest zachwycona urodą brązowego Millata. Chce mu jakoś pomóc w sprawach osobistych. Irie jest zachwycona osobą Marcusa i jego projektu myszy przyszłości, która zmieniona genetycznie ma dać odpowiedź na skuteczność zmiany DNA w odniesieniu do wyeliminowania chorób, w przyszłości również u ludzi.
Millat poznaje muzułmanów ze stowarzyszenia ochrony wiary i zmienia swoje zachowanie. Przestaje się spotykać ze swoją miłością, tylko dlatego, że jest biała i nie zakrywa swojego ciała. Joshua jest zazdrosny o Millata, któremu uwagę poświęca jego matka i o Irie, która została sekretarką u ojca.

I może na tym poprzestanę, nie będę zdradzał ciekawego finału. Wystarczy tylko, jak powiem, że przeciwko projektowi Marcusa Chalfena występują wszyscy bohaterowie tej powieści włącznie z jego synem Joshuą. Może z tego co zarysowałem nie wynikają jakieś problemy tożsamościowe, ale tak naprawdę wszyscy czują, że jest z nimi coś nie tak, właśnie ze względu na rozbieżności pomiędzy rzeczywistością Londynu, a tradycją z której pochodzą. Samad i Alsana pochodzą z innej kultury, w dodatku są kolorowi. Clara została wychowana na świadka Jehowy, jest czarna, pochodzi z Jamajki, a jej mąż Archie nie sprawdza się w życiu, znacznie lepiej mu szło na wojnie. Joyce Chalfen czegoś brakuje w życiu, jakiejś tajemnicy. Od tych tożsamościowych rozważań wolny jest tylko Marcus Chalfen, człowiek nauki.

O tożsamości ciekawie pisze Przemysław Czapliński we wstępie do książki: Polityka literatury, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Czapliński pisze tak: U schyłku wieku XVIII narodził się człowiek nowoczesny. W chwili narodzin odsłaniało się jego puste wnętrze. Filozof Bentham wypełniał pusty środek treścią społeczną. [ Bentham stworzył projekt więzienia w 1785 roku. Projekt więzienia modelował przestrzeń, w której obserwacja jest zawsze możliwa. Konkretniej: pośrodku dziedzińca więziennego zostaje umieszczona wieża ze strażnikami; ściany cel więziennych od strony wieży są przezroczyste; położenie punktu obserwacyjnego i odpowiednie przepierzenie uniemożliwiają stwierdzenie obecności bądź nieobecności strażnika. W rezultacie więźniom towarzyszy permanentne poczucie niewidzialnej wszechobecności strażnika: wiedzą, że mogą być w każdej chwili kontrolowani, lecz nie są w stanie określić, czy obserwacja jest prowadzona. Oko, które na nich patrzy, przenika wszystko, zarazem samo pozostaje poza sięgiem wzroku. W osobowości więźniów zachodzi więc powolny proces uwewnętrznienia strażnika: kto może być ciągle kontrolowany, zaczyna kontrolować sam siebie. Sama możliwość bycia obserwowanym dyscyplinuje więźnia. Właściwy proces resocjalizacji kończy się zatem nie wtedy, gdy kończy się wyrok, lecz wtedy, gdy więzień staje się obserwatorem własnego postępowania]. Tym samym wnętrze okazywało się pochodną zewnętrza, dalszym ciągiem powłoki cielesnej, na której społeczeństwo wypisywało prawo. Podmiot powstaje w wyniku ujarzmienia - procesu, który podporządkowuje Ja, nadając mu podmiotowość. W ten sposób dyskurs dyscyplinujący ustanawia podmiot. Odkąd kto ma tożsamość, ten w istocie jest przez nią kontrolowany. Kto strzeże swojej tożsamości, jest strażnikiem własnej celi.

Dobrze jest skupiać się na teraźniejszości, ale sens życia wielu ludzi nie jest budowany na rzeczywistości, na nauce, ale na grzebaniu w historii. Takie jest moje zdanie i wydaje mi się, że Zadie Smith również jest tego zdania, mimo, że wszystkich bohaterów obdziela wieloma pozytywnymi cechami i robi z nich sympatycznych ludzi.
Życie teraźniejszością wydaje się o wiele ciekawsze.



Zadie Smith
Białe zęby
Znak 2002